Nauczanie języków obcych w większości polskich (i nie tylko polskich) szkół przebiega podobnie: na lekcji – praca z podręcznikiem oparta na poznawaniu reguł gramatycznych, pytania jednokrotnego wyboru i ćwiczenia z uzupełnianiem luk, w domu – zapamiętywanie przetłumaczonych list słów i powtarzanie wyrażeń „do skutku”, wszystko zwieńczone testem z kluczem odpowiedzi.
Krytyce systemu edukacji (którego częścią jest nauka języków obcych) poświęcono wiele uwagi. Wystarczy powiedzieć, że pomimo spędzenia kilku czy nawet kilkunastu lat na nauce wiele z nas nadal nie potrafi porozumieć się zagranicą. Celem tego artykułu nie jest jednak określenie, co nie działa, tylko próba zarysowania szerszego kontekstu: zgłębienie historii i podłoża teoretycznego tradycyjnych metod oraz przedstawienie alternatywnego podejścia (jednej z wielu perspektyw).
Dwa zastrzeżenia na początek. Po pierwsze, nie wszyscy nauczyciele są tacy sami, wielu z nich z powodzeniem stosuje skuteczniejsze metody, obok lub zamiast tych tradycyjnych. Po drugie, fakt że tradycyjne metody są według mnie wadliwe nie oznacza, że są bezużyteczne – nie ma wątpliwości, że wielu uczniów dzięki nim nauczyło się mówić w języku obcym. Nawet najlepsza metoda nic nie da, jeśli brakuje motywacji i czasu na naukę.
Metody tradycyjne, czyli jakie?
Podejście, które znamy ze szkoły można określić jako kombinację metod audiolingwalnej i gramatyczno-tłumaczeniowej.
Metoda audiolingwalna polega na powtarzaniu zdań lub krótkich dialogów w języku obcym. Nacisk kładziony jest na poprawną wymowę, przy założeniu, że zapamiętując gotowe wypowiedzi uczniowie będą w stanie po czasie odtworzyć je spontanicznie. Źródeł tej metody można szukać w średniowiecznych wyprawach chrystianizacyjnych, podczas których misjonarze mniej więcej w taki sposób uczyli lokalną ludność łaciny.
Z kolei metoda gramatyczno-tłumaczeniowa, jak sama nazwa wskazuje, opiera się na gramatyce (omówienie wybranego zagadnienia, a następnie ćwiczenia skupione na jego wdrożeniu) oraz tłumaczeniu (zarówno słownictwa, jak i dłuższych tekstów, rozszerzonym o ćwiczenia nad ich zrozumieniem). Za popularnością tej metody stoi formalność, przejrzystość i łatwość wdrożenia (w centrum uwagi znajduje się podręcznik i zeszyt ćwiczeń, nauczyciel wydaje polecenia, a uczeń pozostaje pasywny). Jej korzenie sięgają XIX wieku, kiedy to król pruski wprowadził powszechny dostępu do edukacji oparty na standaryzacji kształcenia w ramach programów nauczania (koncepcja ta funkcjonuje do dziś i jest określana jako „model pruski”).
Czy jest inny sposób?
Zarówno metoda audiolingwalna, jak i gramatyczno-tłumaczeniowa czerpią z filozofii behawioryzmu, która traktuje zachowania człowieka jako zbiór automatycznych reakcji na bodźce, często odwołuje się do eksperymentów na szczurach laboratoryjnych i abstrahuje od emocji, procesów myślowych czy ludzkiej kreatywności. Angielski aparat pojęciowy behawioryzmu dobrze oddaje jego myśl przewodnią: stimulous, imitation, repetition, feedback, deprivation, reinforcement, habit, itd.
Mniej więcej do lat 60. XX i tzw. rewolucji poznawczej wieku behawioryzm był wiodącym nurtem w psychologii. W czasach tego paradygmatu językoznawstwo przypominało prace botaniczne: wyprawy terenowe, przemierzanie nieznanych lądów, odnajdywanie endemicznych gatunków, ich klasyfikacja i referowanie efektów badań.
Jednym z pierwszych i najbardziej wyróżniających się krytyków behawioryzmu na polu lingwistyki był Noam Chomsky, który w 1959 roku opublikował słynną dziś krytyczną recenzję artykułu B. F. Skinnera Verbal Behavior.
W wyniku swoich badań Chomsky wysunął hipotezę niedostatku bodźców (ang. poverty of the stimulous) twierdząc, że dzieci nie dysponują wystarczającą próbką, aby wykształcić wszystkie cechy języka, które prezentują. W myśl tej teorii organizm człowieka musi posiadać wrodzony system gramatyczny, który jest odpowiedzialny za naukę języka. Chomsky uważał ten system za specyfikę naszego gatunku, porównywał go do innych układów w ciele człowieka (np. odpornościowego) i określił mianem uniwersalnej gramatyki (ang. universal grammar). Sam język Chomsky rozumiał zaś jako „nieograniczone użycie ograniczonych środków” (znane pod ang. pojęciem discrete infinity).
Teorie Chomsky’ego były w następnych latach wielokrotnie modyfikowane. Rozwijał je on sam, jak i jego naukowi zwolennicy. Nie obyło się też bez krytyki, często równie zagorzałej jak ta, którą on sam wysuwał przeciw behawiorystom. Koronnym przykładem jest ciągnąca się na przełomie lat 60. i 70. debata wśród naukowców określana jako wojny lingwistyczne (ang. lingustic wars).
Nie wchodząc głębiej w teoretyczne zawiłości, odejście od tradycyjnych, behawiorystycznych metod pozwala obalić popularne mity, które mówią, że nauka języka musi być trudna i przebiegać zawsze w ten sam sposób. Przyjmując za punkt wyjścia hipotezy Chomsky’ego otwieramy się bowiem na możliwość, że jest to proces naturalny i pozwalający na nieskończone możliwości językowej ekspresji.